aktualności plan gier zawodnicy sponsorzy galeria bilety
 
   
     

Aktualności

2006-09-19 22:24

Kubot gra dalej!

Niemożliwe stało się faktem! Polski zawodnik Łukasz Kubot pokonał rozstawionego z numerem pierwszym Luisa Hornę z Peru! Wynik to 6:4, 3:6 6:3.

Na trybunach pojawili się ci, którzy drogę Kubota do trzeciej rundy US Open śledzili z opadającą coraz niżej szczęką. To był największy sukces polskiego singlisty w wielkim szlemie od czasu Wojciecha Fibaka (czyli wczesnego prekambru). Horna w tym samym turnieju przegrał po zaciętym meczu z Rafaelem Nadalem, a z forhendu wyrzucał piłki jak z granatnika, tak że nawet słynny Hiszpan do nich nie dobiegał. Inicjatywę w wymianie z Peruwiańczykiem zatem przejąć trudno, ale Łukaszowi Kubotowi udało się to w znakomitym stylu, dzięki eskapadom do siatki i perfekcyjnym wolejom (lepszym niż Nadala).

Kubot atakuje po serwisie od lat, na ogół jednak nieskutecznie w kontekście całego spotkania, bowiem nawet gdy wygra pierwszego seta, zaskakując rywala, później oponent opracowuje przemyślne uderzenie mijające i umarł w butach – mecz przegrany. Przećwiczyliśmy to także pół roku temu, gdy uległ w półfinale wrocławskiego challengera Tomasowi Zibowi. Jednak systematyczna praca treningowa w Czechach zaczęła przynosić efekty. Nasz zawodnik stał się pewniejszy w akcjach ofensywnych, oraz powiększył repertuar uderzeń. Dzisiaj jawił się jako mistrz returnu w nogi oraz skrótu. Dzielnie stawiał czoła chyżemu rywalowi w długich wymianach, w trakcie których obaj panowie wydawali z siebie dziwne dźwięki z gracją Gustavo Kuertena. Kubot przełamał Peruwiańczyka w siódmym gemie, który jest ponoć magiczny. Wkrótce miał trzy setbole: pierwszego zmarnował podwójnym błędem serwisowym, drugiego zlikwidował piekielnie mocny passing shot Horny i wreszcie po defensywnym, łyżkowatym serwisie Kubota Horna zbyt mocno się zamachnął i trafił w banner. To oznaczało tylko jedno: 6:4 dla Polaka.

Nadeszła chwila prawdy – czy Peruwiańczyk znajdzie receptę na zagrywki niżej notowanego przeciwnika i czy ten wytrzyma psychicznie. Już przy pierwszej breakpointowej (niewykorzystanej) okazji Horna cisnął z furią rakietą, za co zresztą został wygwizdany. Chyba potrzebował takiego podkręcenia – przeklinał, bił się po twarzy, w akcie desperacji uderzył piłkę z półobrotu jak Chuck Norris… no i wreszcie przełamał. Zaczął grać bardzo mocno i schodzić nisko na nogach do uderzeń. Kubot natomiast zaczął się lękać. Horna rządził do końca seta, którego wygrał 6:4.

W trzecim secie do stanu 1:3 dla Kubota obraz gry nie uległ zmianie. I tutaj obudziła się publiczność. Pierwsza ekstaza: przy swoim serwisie Kubot poszedł do siatki, rywal zagrał loba, Polak odpowiedział lobem, Horna zasmeczował ramą, Kubot go jakoś przycisnął i wygrał punkt. Wtedy ktoś krzyknął: „Lej go, Łukasz!” i Łukasz go zlał (przełamał do zera). Jak nasz zawodnik opowiadał po spotkaniu, wygrał dzięki konsekwentnej taktyce i niemal futbolowemu dopingowi publiczności. Szczeciński kort przypominał Artur Ashe Stadium z Nowego Jorku (także euforią po podwójnych błędach Horny). Wygrał też dzięki siatce – tańczące po niej piłki spadały zawsze na „właściwą” stronę. Na trybunach trwały zakłady, czy Peruwiańczyk złamie rakietę. Przegrał jednak ostatniego seta do trzech w stylu godnym mistrza – z uśmiechem pogratulował lepszemu dziś przeciwnikowi. Trzy lata temu na tym samym obiekcie Horna zmłócił Kubota 6:1, 6:2. Polak z dumą oznajmił, że czas między jednym a drugim meczem poświęcił na przygotowanie taktyki. W czasie pomeczowej konferencji o godzinie 21:30 za ścianą biura prasowego zapiał kogut. Oznajmiał, że nadszedł czas na pobudkę polskiego tenisa.

 
     
 
Domeny, hosting, email
 
   
                     
Polska wersja English version Livescore