aktualności plan gier zawodnicy sponsorzy galeria bilety
 
   
     

Aktualności

2006-09-18 22:19

Mistrz na aucie

Porażka w pierwszej rundzie Guillermo Corii (Argentyna, rozstawiony z nr 3.) z Razvanem Sabau z Rumunii to przy zachowaniu proporcji coś jak przegrana Federera na otwarcie Wimbledonu. Argentyńczykowi zabrakło siły, dokładności i… szczęścia.

Zaczęło się w sposób nietypowy dla rozgrywek ATP –zawodnicy przełamywali się nawzajem aż siedmiokrotnie. Przy stanie 3:3 Coria po minimalnie autowym zagraniu zdenerwował się i wyrzucił piłkę w trybuny. Ta trafiła w drzewo, a potem, ku uciesze licznej publiczności, spadła na głowę jednego z fotografów. Argentyńczyk jednak wygrał swoje podanie jako pierwszy, a następnie ponownie odebrał serwis rywala. W tej fazie meczu dominował w wymianach z głębi kortu. Sabau nawet gdy serwował z prędkością ponad 200 km/h to albo pudłował, albo rozstawiony przeciwnik odgrywał. Zakończenie seta było najlepsze, jakie można sobie wymarzyć – Rumun zagrał mięciutkiego dropszota, a Coria odegrał jeszcze lepiej pod przeciwną linię. Coś jak spięcie pod siatką Federera z Samprasem. Choć atmosfera robiła się coraz gorętsza, sędzina stołkowa założyła sweterek. Wynik pierwszego seta to 6:3 dla Corii.

W pierwszym gemie drugiego seta Corię opanował demon podwójnych błędów serwisowych. Podczas ośmiu pierwszych piłek nie wygrał nawet jednego punktu! Sabauowi wychodziło praktycznie wszystko, także returny w linię (w sumie po „badmintonowych” zagrywkach Corii nie było to takie trudne). Przy stanie 15:0 w czwartym gemie dla tego, który nie był tu faworytem, trzeci set zawisł w powietrzu jak siekiera w papierosowym dymie. I wtedy Argentyńczyk w akcie desperacji zaczął puszczać lifty spod znaku Sergi Bruguery. Wyszedł na 5:4, serwował jednak Sabau. Obronił on cztery meczbole (jednego w takim stylu, że zdumiony głos z trybun oznajmił: „Aż mnie komar ugryzł!”). Teoretycznie lepszy był Coria. Rumun odgryzał się jak mógł – posyłał piłki raz w jedną, raz w drugą stronę kortu. Gdy zrobiło się 5:5, Argentyńczyk chyba poczuł pismo nosem, zaczął mówić do piłki, wyglądając momentami jak Hamlet. Tymczasem jego żona, jakby znudzona, żuła gumę i błyskała kolczykami. Sabau wykorzystał pierwszą piłkę setową, wygrał 7:5.

Rumun w trzecim secie już się odblokował, grał całkiem na luzie. Nawet szczęście mu sprzyjało – siatka wyglądała na sprowadzoną z Bukaresztu (choć przyznajmy szczerze: linie były z Buenos Aires). Teraz to Coria się szarpał, by wygrać jak najwięcej gemów. Razvan Sabau zwyciężył ostatecznie 3:6 7:5 6:4 i zmierzy się w drugiej rundzie z Leonardo Azzaro z Włoch. Kiedyś powiedział, że nie jest Bogiem ani czarodziejem, żeby zatrzymać padający na kort deszcz. Na zatrzymanie Corii umiejętności wystarczyło.


 
     
 
Domeny, hosting, email
 
   
                     
Polska wersja English version Livescore