2006-09-17 18:13
Za pięć dwunasta…
Kończący się weekend to tylko przygrywka przed poniedziałkiem, czyli początkiem turnieju głównego Pekao Open 2006. Nad kortami przy ul. Wojska Polskiego unosi się już atmosfera tenisowego święta. Zawodnicy i kibice czują się jak u siebie w domu.
Tuż po zakończeniu kwalifikacji Argentyńczycy Mariano Zabaleta i Edgardo Massa z ogniem w oczach pytali wszem i wobec, gdzie w Szczecinie w niedziele sprzedają gitary akustyczne. Massa nie dał się zbyć stwierdzeniem, że kupował już tu jedną dwa lata temu – widocznie niezły z niego meloman. Jednym przyjemności ducha, innym ciała: włoscy zawodnicy na czele z Alessio di Mauro opanowali szaszłykarnię w miasteczku turniejowym, gdzie w otoczeniu kibiców spożywali kolację, głośno wymieniając uwagi w ojczystym języku. Czeski gracz Bohdan Ulihrach, pewnie głodny, dyskretnie spluwał przez barierkę. Największe zamieszanie miało jednak miejsce na kortach treningowych, gdyż zjawiły się już największe sławy tegorocznej edycji Pekao Open. Guillermo Coria trenował z Grzegorzem Panfilem, który demonstrował serwis „prawie jak Roddick”. Obijanie juniorskiego posiadacza dzikiej karty wprawiło gwiazdora w dobry humor, bo nawet miłościwie zezwolił fanom na sesję fotograficzną, a jak wiadomo ma on często muchy w nosie. Następnie oddalił się w kierunku biura zawodów, a piękna żona Carla (z domu Frankowicz) posłusznie niosła za nim butelkę mineralnej. Pochód odbywał się w asyście gromkiego „Coria, Coria, Coria” dochodzącego z turniejowych restauracyjek.
Koszulką piłkarską z własnym nazwiskiem szpanował Niemiec Tomas Behrend, zaś Ekwadorczyk Nicolas Lapentti przyglądał się temu z taką atencją, że zapomniał założyć jednej skarpetki i rozpoczął trening trzymając ją w ręku. Prawdziwie najlepszym piłkarzem dnia okazał się jednak Stefan Koubek. Austriak dał popis przerzucania piłki nad siatką z woleja (piłkarskiego, rzecz jasna!). Polski obóz jest łatwy do rozpoznania po spuszczonych głowach i cichym przemykaniu pomiędzy kortami. Michał Przysiężny narzeka na kontuzję uda, uniemożliwiającą mu wszelkie treningi przez ostatnie dwa tygodnie. „Wczoraj wziąłem rakietę do ręki, gram jedynie dlatego, że pozwala mi na to ranking. Gdybym grał dzięki dzikiej karcie, jak było pierwotnie planowane, wtedy bym zrezygnował, żeby nie marnować innej osobie szansy” – mówił, prosząc by nie przeceniać jego szans w konfrontacji z rywalem, którego ośmieszył na challengerze we Wrocławiu. Za to Marcin Matkowski powrócił z Bukaresztu opromieniony sukcesem, chyba nie tylko sportowym, gdyż wspólnie z Mariuszem Fyrstenbergiem stali się czołowymi idolami rumuńskich nastolatek. W trakcie finału z trybun posypały się nawet wyznania miłosne (nie wiadomo dlaczego – po rosyjsku!).
Aż strach pomyśleć, co się wydarzy jutro.
Powrót
|